Tanecznik

post-header

Kolejny piątek 13 odchodzi już powoli do przeszłości, albo dla Ciebie czytającego/czytającej, już jest wspomnieniem na myśl, którego oddychasz z ulgą. Swoją drogą ciekawa jestem czy środowisko taneczne to społeczność bardzo przesądna…ale to temat na inną okazję.

Kilka dni temu Kochamańskie dobra dusza zasugerowała, żeby coś poopowiadać o koszmarach tanecznych, z racji właśnie tego nieszczęśliwego piątku. Jak zwykle miała nosa do ciekawego tematu, który przez te ostatnie dni sam się rozwijał.

W ich trakcie na IG pytałyśmy Was, co jest waszym koszmarem tanecznym. Różnie odpowiadaliśćie. Dla części koszmarem były części garderoby, których nie dało się poskromić. Dla innych niefortunna interkacja fizyczna, jak kolano w nosie czy jakoś tak. Dla innych jeszcze zapomniana choreografia podczas pokazu. Z perspektywy instruktora, pusta sala i tak można by wymieniać w nieskończoność. Machinę strachu i niepokoju można z łatwością uruchomić, ale zatrzymać już nie tak prosto. Pewnie o koszmarach tanecznych i ich pokonywaniu nagramy odcinek, albo całą serię i każdy z gości będzie opowiadać o swoim.

Dzisiaj w dniu nieszczęścia, ale tylko w teorii 😉 popatrzmy na temat może od przeciwnej strony. Ile z Was już tańczących, choćby takich co na koncie mają jedną godzinę kurusu, pomyślało, że pokonało największy koszmar wielu, ale to wielu ludzi.

Czy zadaliście sobie kiedyś pytanie, albo lepiej uzmysłowiliście sobie, że przecież tańczenie to nie taka oczywista sprawa. Nie dość, że na dzień dobry wymaga się od niewprawionych zaprezentowania talentu i gracji. Niby nie, a jednak każdy się boi o sobie usłyszeć, że jest drewaniak, więc może lepiej nie próbować. Sprawdźcie wśród swoich nie tanecznych znajomych, ilu z nich byłoby w stanie przy kilku, kilkudziesięciu lub kilkuset innych osobach wyjść na środek parkietu i bujać się do rytmu. Wydaje się Wam,że jak jest na imprezie sto osób to nikt Was nie widzi? My tańczący wiemy, że raczej nikt się nami nie interesuje, ale Ci co nie tańczą myślą, że z automatu wchodzą w blask reflektorów. Pokonanie tej myśli, albo po prostu zmierzenie się z nią wymaga nie lada wysiłku.

Często wpada mi do głowy myśl, że jestem ogromnie wdzięczna, za taniec w moim życiu, bo sprawił, że lepiej poznałam swoje ciało. Z każdym elementem rozwoju tanecznego, staje się na swój sposób sprawniejsze, mądrzejsze. Ponieważ moje ciało to ja, to automatycznie, ja staje się sprawniejsza i mądrzejsza.

I tak moim największym koszmarem tanecznym jest to, że mogłabym go fizycznie nie móc uprawiać lub przestało by mi się chcieć. Widząc ile dobrego mnie i mojemu życiu on daje. Jak bardzo i wiele się uczę, przeraża mnie to, że mogłabym to stracić. Kiedyś bałam się, że się nie spełnię, że nic nie osiągnę. Dzisiaj wiem, albo jestem może raczej na drodze do wiedzy, że nie o to tutaj chodzi. Że owszem taniec jako sztuka dobrze by był “robiony” dobrze, ale jak dziecięce bazgroły mogą mieć nie mniejszą wartość jak obraz tancerek Degas. To ile mam dzięki tańcu, pomaga mi w pokonywaniu tych pomniejszych strachów, że nie dam rady, że nie umiem, że za mało i tak dalej.

Co prawda do koszmaru tanecznego można by podejść również inaczej. Narzekać ile jest dookoła ludzi, którzy taniec psują, bo zabierają się za niego od złej strony. Prezentują marną jakość. Koszmarki stylu, stopy flex w obcasach, stroje za mocno wykrojone sprawiające, że ruch zamienia się w wyuzdany pląs… lub wręcz odwrotnie, brak życia techniki…

Każdy z Was na pewno ma swój taneczny koszmarek i jest zdania, że tego elementu powinno się odgórnie zabronić. A może jakby potraktować to po prostu jako radosną twórczość? Może największym koszmarem twórczego podejścia nie jest brak techniki, stylu, tylko zamknięcie na możliwość popełniania błędu, albo zamknięcie na fakt, że nie będzie istnieć obiektywna prawda na temat tego co to jest dobry taniec. Czy można powiedzieć komuś z centralnej Afryki, że jego taniec nie ma żadnej wartości, bo za bardzo przypomina fitnes, a z kolei europejczykowi, że balet, to skostniała struktura niedostępna dla zwykłych śmiertelników, więc nie mogąca się mienić tańcem. Odważylibyście się powiedzieć choreografowi tańca współczesnego, że to nieskordynowane wygibasy? Dowiadując się odpowiednio dużo na temat danego stylu, kultury pewnie zawsze gdzieś doszlibyśmy do wniosku, że to może i tak ma sens.

Dla mnie piękne jest to, że pomimo strachu i koszmarków nabudowanych wokół tańca, ten istnieje i wciąż się rozwija i możemy się nim wspólnie cieszyć. Także “13 nawet w Grudniu jest wiosna i każda droga jest prosta ;)”

Previous post
Next post
Related Posts
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.