Tanecznik

post-header

Grupy choreograficzne – czy każdy może być Performerem

Kochmańska poprosiła mnie o spisanie swoich przemyśleń na jeden z bardziej romantycznych tematów tanecznych – formacji tanecznych.

Nie wiem jak u Was, ale dla mnie wizja, sceny broadwejowej zawsze była uplasowana na półce o tytule “Szczyt marzeń” z kategorii-  nieosiągalne. Nie żeby spędzało mi istnienie tej półki sen z powiek, ale wywoływało zawsze uczucie: ohhh. Podejrzewam, że większość zgromadzonego w naszej Tanecznikowej społeczności towarzystwa to raczej zapaleńcy socjalowi, którzy uważają, że taniec performatywny jest dla wybranych jednostek o wybitnym talencie. Ja się nie mogę z tym zgodzić. O ile scena nowojorskich teatrów jest zarezerwowana dla jednostek wybitnych to przecież scen na świecie istnieje o wiele, wiele więcej.

Czy nie odnosicie wrażenia, że hollywoodzkie filmy upiękniły taneczną rzeczywistość?

Tancerze, zawsze dobrze ubrani, gotowi do tańca czy to supermarket, dworzec, ulica, czy teatr, impreza, znajduję się na zawołanie głównego bohatera. Taniec przychodzi im z taką lekkością, że myślicie sobie jak to się dzieje, że nie jest to codzienny widok. Albo z innej strony. Całej ekipie nie idzie tańczenie, albo dostają łomot na jakiś zawodach, a żeby z kolei na kolejnych spektakularnie wygrać konkursowe trofeum, bo odtańczyli bezbłędnie układ i sędziów powalili na kolana. Tak… ja wiem, że to na potrzeby biznesu te wycyzelowane sceny. Ale o ile ciekawsza, śmieszniejsza byłaby historia, która się faktycznie wydarza jak np.: szycie strojów w samochodzie, różowe pióra które walają się po całym mieszkaniu, brokat w majtkach, jazda o 7 rano przez miasto w pełnym scenicznym makijażu i miny ludzi… Sytuacji które swoją śmiesznością powodują ból brzucha, albo wzruszają do łez nawet z tak krótkim stażem mam już ogrom. I z tego względu pozwolę sobie powiedzieć, że scena naprawdę jest dla każdego. Może nie każda, ale to trochę jak ze znajdywaniem swojej miłości. Trzeba się naszukać.

Jak to jest z tą sceną i miłością do niej. Czy to takie oczywiste od początku, że się chce, albo ona ciągnię Cię?

Moim zdaniem to bardzo błędne myślenie. Powoduje ono, że wiele osób nawet nie próbuje odkryć innej części siebie, bo tym właśnie dla mnie jest taki sposób tańczenia. Poprzez tańczenie w mocno określony sposób z innymi dowiadujemy się o sobie mnóstwa rzeczy. Ośmielę się powiedzieć, że poszerza to nie tylko taneczne, ale i ludzkie horyzonty. No to jak znaleźć grupę dla siebie?  Czym się kierować? Jak dobrać sobie trenera i charakter grupy?

Jak posłuchacie naszej specjalistki i specjalisty to przekonacie się, że sposoby na prowadzenie grup tanecznych mogą być diametralnie różne. Mam tę ogromną przyjemność, że pracuję pod dwoma parami oczu i dzięki temu moje doświadczenie jest tym pełniejsze. 

Po prawie dwóch latach tańczenia w formacji tanecznej i spróbowaniu sił w innej mam kilka przemyśleń, którymi chętnie się podzielę.

  1. Czy formacja taneczna to rzecz dla każdego? Czyli jak dobrać do siebie grupę taneczną.

Na przekór mojemu największemu marzeniu, to moje tańczenie ma charakter wybitnie socjalny i najswobodniej tańczę kiedy improwizuję podczas szaleństwa imprezowego. Bardzo ciężko było mi się odnaleźć i czasem nadal mam problem, w równym tańczeniu, dbaniu o wspólne detale i charakter tańca. To pozorne ograniczenie sprawia zazwyczaj, że tańczę bardzo asekuracyjnie. Nie umiem się zapomnieć w przygotowanej choreografii, mimo, że jest wyuczona na pamięć. Jakby ten element wolności był, w mojej głównie niezbędny do tego by się w tańcu zapomnieć. Za to to wspólne wymaganie od siebie, uczy mnie za każdym razem pokory i pokazuje mi, że jestem w stanie pokonywać swoje bariery. Dodatkowo nie robię tego wtedy sama. Cała grupa ciągnie Cię naprzód. I tak jest ta obawa, że Twoja nawet najbardziej wytężona praca może zepsuć wysiłki całej reszty. To chyba jeden z największych koszmarów z którym zmagają się osoby tańczące grupowe choreografie. 

Dodatkowo to owiana złą sławą trema. Wszyscy się jej tak potwornie boją. Tak, jest przerażające, jest stanięcie jak słup soli i zapomnienie swoich kroków, gdy naprzeciwko Ciebie siedzi, stoi duża liczba ludzi. Jednak uczy to bardziej, niż cokolwiek innego, że pomylić, zapomnieć jest rzeczą ludzką i nie następuje po tym koniec świata. Dodatkowo, fakt, że jeden mały element wypadł niezgodnie z planem nie sprawia, że całe przedsięwzięcie spali na panewce. Dla mnie to ogromna szkoły dystansu do siebie, ale też nauka obchodzenia się z emocjami innych. Dokładnie tak. Bo o ile sobie samemu można jeszcze przetłumaczyć, że to była pomyłka, to nie mamy wpływu na stres i przekonania innych. W każdej grupie będzie perfekcjonista, -stka który, -a będzie zamartwiać, że źle machnęła głową, gdy Ty pomyliłeś, łaś całą sekwencję kroków. I masz tutaj nie dość, że do pokonania własny ból, bo przecież ćwiczyłeś, to jeszcze wiesz, że inni też nie są zadowoleni z efektów i nie da się tego już naprawić. Boisz się, że Ci tego nie przebaczą i w przyszłości już nie obdarzą zaufaniem i nie pozwolą tańczyć ze sobą. Ile razy mieliście przy innej okazji taką sytuację? W pracy, szkole, studiach z przyjaciółmi? Dla mnie to chyba jednak z najważniejszych umiejętności jakie wynoszę z tego typu projektów. Umiejętność współodczuwania, ale bez obarczania się winą za to co już jest nieodwracalne. Nauka ponownego ufania ludziom, ale też przyjmowania faktu, że mogą nie zaufać Ci ponownie. Bo tak! Tak się właśnie dzieje. Ale co pokazuje, doświadczenie, że czasem potrzeba go odrobinę, by móc dotrzeć w miejsce w którym chce się być. Prawda tak trywialna, że aż wstyd o niej pisać. A jednak nigdy dość.

Żeby po drodze nie spalić się ze stresu, warto dobrać grupę taneczną pod siebie. I tutaj niekoniecznie szłabym wyborem stylu, ale kierowałabym się raczej charyzmą trenera. Bo dobry trener to jak dobry rodzic. A wiadomo, że jak zadowolony rodzic to i zadowolone dziecko 😀 A jaki to zadowolony trener? Skłaniałabym się w kierunku takiego, który widzi Twoje ograniczenia, ale wierzy, że jesteś w stanie je pokonać. Stawia Ci wysoko poprzeczkę i słyszysz go kiedy mówi Ci, że w Ciebie wierzy. To taki który, kiedy masz nawet do dupy trening, sprawia, że chcesz się dla niego męczyć. Bo nie ma co się oszukiwać, łatwiej robi się nam rzeczy dla kogoś niż dla siebie. Siebie jest łatwo olać. To moja teoria, którą tłumaczę w ten sposób tak mała liczbę solistów. Człowiek istota stadna, lepiej się motywuje kiedy mam kogoś obok. I tak, wrócę do tego co powiedziałam, że dobry dla Ciebie trener, to taki którego dobrze słyszysz i słuchanie go napędza Cię. Jeśli chcecie mieć za trenera super tancerza, który może i jest też świetnym trenerem, ale nie macie wspólnego flow, to nie sądzę byście daleko zajechali. Nawet jeśli to bez przyjemności i na zasadach tanecznego gestapo. Będzie to sprawiać, że zniechęcenie i drażliwości i widzenie braków przyjdzie dużo, dużo szybciej. Bo co się poświęcać komuś, kto tego nie docenia. Nie chodzi przecież o to żeby całował po rękach nie… Są tacy co lubią jak się ich orze 😉 i jeśli dostają dużo uwag to są szczęśliwi. Właśnie o to wewnętrzne poczucie szczęścia chodzi. O odpowiedzenie sobie na tak podstawowe pytanie czego chce w relacji z drugą osobą. Znowu się zrobiło psychologicznie, nie? 

  1. No dobra czyli jaki trener to taka grupa?

No nie do końca. Tutaj od niego zestaw ludzki jest prawie całkowicie niezależny. Raczej będzie się kierował umiejętnościami uczestników, niż swoją sympatią. Mało kto zapisując się do formacji myśli, że przecież będąc jej członkiem ma realny wpływ na jej kształt. Wiąże się to dla mnie z przekonaniem, że jak stoję z tyłu grupy i mnie nie zawsze widać, to tak jakbym nie tańczył, -ła. To chyba jedno z najbardziej drażniących mnie przekonań. Bo fundamentów w budynku też nie widać, a przecież bez nich by nie ustał. Jasna sprawa pięknie, jest być błyszczącą elewacją, ale dajmy sobie wszyscy szansę. Zresztą właśnie bez porządnego wsparcia żadna elewacja nie ma racji bytu. Tak nie widać, może, ale całość nie dałaby takiego efektu gdyby nie tyły. I tutaj tak jak od jednego małego błędu całość przedsięwzięcia nie rozsypuje się w pył, to gdzieś po środku leży ważność solistów i frontalnej linii. Poza tym jeśli tańczysz z tyłu to przecież presja jest mniejsza 😉 a nie na to wszyscy narzekamy przy okazji występów? Tańczenie w grupie daje tyle dodatkowych możliwości, inspiracji. Każde z uczestników jest inne i tym samym wzbogaca całą resztę. To trochę, jako nieświadomie zachodzący rozwój. Ucząc się komunikować z formacją, od razu wzbogacamy swoje umiejętności komunikacyjne względem wszystkich ludzi. Tak wiem, że wszyscy teraz jesteśmy mistrzami i dość mamy w czasie wolnym samorozwoju, że taniec to rozrywka itd. Ale to nie kłóci się jedno z drugim. Najlepszym przykładem są dla mnie dobre zajęcia ruedowe. Przecież takie tańczenie wymaga niezłego komunikacyjnego skilla! A gdyby to tak jeszcze podkręcić? Przecież tutaj mamy zamkniętą grupę zamiast bandy obcych ludzi jak na zajęciach lub imprezie. Dlatego jak już się wylądowało gdzieś to polecam się zakolegować. Dać wszystkich kredyt zaufania. Ile razy się poniewczasie przekonaliście, że ktoś jest naprawdę super, a myśleliście, że jest nadętym bubkiem, tylko na podstawie tego jak trenuje?

  1. Jak trenować? Czyli czy każdy ma zdzirowaty wyraz twarzy jak ćwiczy?

Dla mnie proces nauki to najtrudniejszy element bycia w grupie. Bo dostając ten sam komunikat od trenera, często macie różne rezultaty. Niekoniecznie wynikają one z umiejętności, często z podejścia do nauki. I tak są osoby, które lubią starą szkołę i bicie batem i wytykanie wszystkich błędów, a są osoby które dopiero w dobrej przyjaznej atmosferze dadzą radę czegokolwiek się nauczyć. Ja osobiście jestem mieszanką obu stylów. Uwielbiam ciężki ciorający trening, taki, że nie czujesz nóg jak z niego wychodzisz, ale jeśli on jest cały na poważnie, to coś w mojej duszy umiera. Śmiech i dystans jest dla mnie niezbędny w trakcie uczenia się. Zdjęcie tej nakładki z tańca, że musi on być zawsze ładny. Nie musi. Mnóstwo ruchu tanecznych jest pokracznych, dziwnych, wyzywających i żeby się ich nauczyć, trzeba stać się na chwilę śmiesznym. Jeśli znajdziesz trenera i grupę przy których nie boisz się być czasem śmiesznym, -ą to jesteś w tanecznym domu. Tak, będą się z Ciebie śmiać, ale co z tego? Czy na co dzień nikt się z Ciebie czasem nie podśmiewa? Jak tam z Twoim poczuciem wartości wtedy? Jeśli tylko dasz innym kredyt zaufania, oni natychmiast udzielą go Tobie. Wspólne śmianie się z siebie samych było dla mnie zawsze najmocniej spajającym uczuciem. Pewnie wiele osób ma inne podejście, ale przy określaniu sobie tego jak chcesz trenować, warto jest przypatrzeć się sobie, jakie emocje pchają Cię najmocniej naprzód.

I tak tańczenie w Formacji nie jest dla mnie tyle historią o scenie, o przekazywaniu tańcem jakiejś historii .To znaczy, jest, ale nie tylko. Przede wszystkim to dla mnie nauka bycia z ludźmi w sposób gdzie jestem uważna na innych, ale też w zgodzie ze samą sobą. To budowanie moich społecznych kompetencji, które potem nawet nieświadomie mogę wykorzystać wszędzie indziej. To poszerzanie horyzontów interpretacji. Bo jeśli ja słyszę trenera tak, a Ty inaczej to od razu się czegoś uczę. Takie tańczenie, uczy mnie, że dużo z moich marzeń z najwyższej półki mogę zrealizować. Bo przecież zawsze chciałam zatańczyć numer: Cell block Tango z musicalu Chicago. 

Nie tańczę go na Broadwayu, ale tańczę! A przecież nie sądziłam, że będzie to możliwe i gdyby nie moja taneczna ekipa nie byłoby. 

Jeśli jeszcze nie słuchałeś naszych odcinków poświęconych choreografii to zapraszamy!

Previous post
Next post
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.